Chodź, pokażę Ci miejsce
gdzie wszystko jest inne.
Gdzie mrok jest dobrem,
a światło złem.
Goń ze mną za złotym zegarkiem
za czasem, który umyka.
Usiądź na trumnie
uspokój oddech.
Postaraj się zrozumieć szum
potoku słów
który wypływa z moich ust.
Są to tajemnice wielkie
trzymane w klatce mej podziemnej celi.
Nigdy jej już nie otworzysz
nie zniszczysz.
To źródło mojej duszy.
czwartek, 26 maja 2011
Głos
Tak cieszy,
jeden uśmiech, zrozumienie.
Słowa bez głosu wypowiadane
grające w naszych duszach.
Okryj mnie własnym ciepłem
bezpieczeństwem.
Bij i kzycz,
prowadź za rękę.
Nie daj się złamać.
Jestem taka mała,
nierozumna.
Pokaż mi skrawek życia.
Naucz mnie co to przywiązanie i miłość.
O to Cię proszę, przyjacielu...
jeden uśmiech, zrozumienie.
Słowa bez głosu wypowiadane
grające w naszych duszach.
Okryj mnie własnym ciepłem
bezpieczeństwem.
Bij i kzycz,
prowadź za rękę.
Nie daj się złamać.
Jestem taka mała,
nierozumna.
Pokaż mi skrawek życia.
Naucz mnie co to przywiązanie i miłość.
O to Cię proszę, przyjacielu...
Kolor nieba
Heh, do Roberta. Taka mała dedykacja, teraz jawna, choć on nigdy tego nie zobaczy :D
"Kolor nieba"
Otacza nas więź,
wieczna, nieprzerywalna, prawdziwa.
Mieni się, błyszczy w świetle naszych oczu.
Widzę ją dzięki Tobie,
ty odnajdujesz ją przeze mnie.
Oplotłam ją jak nić wokół mej dłoni
pokazałam Ci drugi jej koniec.
Ty siedzisz, myślisz,
a ja wraz z Tobą.
Czekam na błysk
aż Twoje oczy zapłoną
niebieskim kolorem nieba.
Wytrwale, do końca
będę patrzeć na Ciebie.
Zamknąłeś oczy
już łza zwilżyła mi lica,
ale blask rozlał się po nici.
Dreszcz otworzył mi oczy
na nasz kolor nieba.
"Kolor nieba"
Otacza nas więź,
wieczna, nieprzerywalna, prawdziwa.
Mieni się, błyszczy w świetle naszych oczu.
Widzę ją dzięki Tobie,
ty odnajdujesz ją przeze mnie.
Oplotłam ją jak nić wokół mej dłoni
pokazałam Ci drugi jej koniec.
Ty siedzisz, myślisz,
a ja wraz z Tobą.
Czekam na błysk
aż Twoje oczy zapłoną
niebieskim kolorem nieba.
Wytrwale, do końca
będę patrzeć na Ciebie.
Zamknąłeś oczy
już łza zwilżyła mi lica,
ale blask rozlał się po nici.
Dreszcz otworzył mi oczy
na nasz kolor nieba.
niedziela, 8 maja 2011
Kołysanka
W szumie drzew drzemię,
samotna w swej wspólnocie.
Razem z wichrem nucę,
piękną kołysankę.
Wiatr mi będzie bratem,
woda mą kochanką,
słońce będzie ojciec
a ziemia-matką.
Ptaki będą dziećmi,
mego ojca, mej matki.
Lecz dla nich będę nikim,
niczym pająk bez nici.
Umrę bez pośpiechu,
w szponach mej kochanej.
Nie zapłaczę z życiem,
nie zatańczę z śmiercią.
Trwać będę jednak,
póki spokój w mojej duszy.
samotna w swej wspólnocie.
Razem z wichrem nucę,
piękną kołysankę.
Wiatr mi będzie bratem,
woda mą kochanką,
słońce będzie ojciec
a ziemia-matką.
Ptaki będą dziećmi,
mego ojca, mej matki.
Lecz dla nich będę nikim,
niczym pająk bez nici.
Umrę bez pośpiechu,
w szponach mej kochanej.
Nie zapłaczę z życiem,
nie zatańczę z śmiercią.
Trwać będę jednak,
póki spokój w mojej duszy.
czwartek, 5 maja 2011
Kos
"Kos"
Słonce oświetlało jej blade policzki. Zmartwiła się, bo wiedziała, że poskutkuje to wylęgiem piegów. Rozpuściła włosy i zaczęła iść żwawym krokiem. Rozejrzała się raz jeszcze nie mogą uwierzyć, że znów tu jest. Minęło siedem lat. Szła piaskową drogą, po lewej stronie miała jeszcze nie do końca rozkwitłe drzewa, a po prawej pola pełne zielonych, niedorosłych pędów. Stanęła i popatrzyła w górę. Białe cirrusy malowniczo rozkładały się na nieboskłonie. Przed nią wyrastała niewielka górka, z której widać było większość okolicy a za nią następna. Powoli acz mozolnie zaczęła wspinać się na wzniesienie. Przystanęła i wzięła na dłonie trochę piasku, puściła go na wiatr. Przysiadła na niewielkim kamieniu koło drogi. Spojrzała na słońce i zobaczyła orła samotnie unoszącego się na niebie. Popatrzyła na pole marchwi za sobą. Na jednym pędzie dostrzegła pióro. Podeszła i schowała je do kieszeni. Ruszyła dalej. Rozejrzała się naokoło upewniając się,że jest sama. Zaczęła śpiewać. Bała się głośną, bojąc się, że ktoś ją usłyszy. Cichy, delikatny głos rozlał się szeptem po wzgórzach. Wędrowała dalej mleczną drogą. Nagle olśniło ją. Stanęła jak wryta. Ta droga, to miejsce.. To jej sen. Śniła to miejsce wiele razy. Szła dalej. Po kilku oddechach znów zrobiła sobie przerwę, z konkretnego już powodu. Na małej polanie po stronie jej serca stało drzewo. Jabłoń, cała obsypana białym kwieciem. Trawa i pole naokoło niej pokryła śnieżna warstwa. Obeszła drzewo naokoło przypatrując się każdemu kwiatu osobno. Jabłoń brzęczała od nadmiaru owadów. To miejsce także znała. Z innego snu. Z pagórka widać było mury wiekowego skupiska dusz. Spoczywał tu jej dziad i prababka. Przymknęła oczy i delektowała się zapachem kwiatów. Wróciła na drogę i zaczęła iść z powrotem. Poczuła nagłą ochotę by biec. Ile tchu, co sił, lecz jej chore serce protestowało. Powolnym, zmęczonym krokiem wróciła na szczyt pagórka. Nie mgła się powstrzymać. Wraz z pochyłością terenu nabrała prędkości. Serce wysyłało jej ostrzegawcze sygnały. Nie słuchała. Po kilku sekundach szalonego biegu jej serce stanęło. Kos siedzący na drzewie zaczął pieść, a wiatr poruszył białymi kwiatami jabłoni. Słońce chyliło się ku zachodowi, różowymi promieniami oświetlając jej piegowate lica.
Słonce oświetlało jej blade policzki. Zmartwiła się, bo wiedziała, że poskutkuje to wylęgiem piegów. Rozpuściła włosy i zaczęła iść żwawym krokiem. Rozejrzała się raz jeszcze nie mogą uwierzyć, że znów tu jest. Minęło siedem lat. Szła piaskową drogą, po lewej stronie miała jeszcze nie do końca rozkwitłe drzewa, a po prawej pola pełne zielonych, niedorosłych pędów. Stanęła i popatrzyła w górę. Białe cirrusy malowniczo rozkładały się na nieboskłonie. Przed nią wyrastała niewielka górka, z której widać było większość okolicy a za nią następna. Powoli acz mozolnie zaczęła wspinać się na wzniesienie. Przystanęła i wzięła na dłonie trochę piasku, puściła go na wiatr. Przysiadła na niewielkim kamieniu koło drogi. Spojrzała na słońce i zobaczyła orła samotnie unoszącego się na niebie. Popatrzyła na pole marchwi za sobą. Na jednym pędzie dostrzegła pióro. Podeszła i schowała je do kieszeni. Ruszyła dalej. Rozejrzała się naokoło upewniając się,że jest sama. Zaczęła śpiewać. Bała się głośną, bojąc się, że ktoś ją usłyszy. Cichy, delikatny głos rozlał się szeptem po wzgórzach. Wędrowała dalej mleczną drogą. Nagle olśniło ją. Stanęła jak wryta. Ta droga, to miejsce.. To jej sen. Śniła to miejsce wiele razy. Szła dalej. Po kilku oddechach znów zrobiła sobie przerwę, z konkretnego już powodu. Na małej polanie po stronie jej serca stało drzewo. Jabłoń, cała obsypana białym kwieciem. Trawa i pole naokoło niej pokryła śnieżna warstwa. Obeszła drzewo naokoło przypatrując się każdemu kwiatu osobno. Jabłoń brzęczała od nadmiaru owadów. To miejsce także znała. Z innego snu. Z pagórka widać było mury wiekowego skupiska dusz. Spoczywał tu jej dziad i prababka. Przymknęła oczy i delektowała się zapachem kwiatów. Wróciła na drogę i zaczęła iść z powrotem. Poczuła nagłą ochotę by biec. Ile tchu, co sił, lecz jej chore serce protestowało. Powolnym, zmęczonym krokiem wróciła na szczyt pagórka. Nie mgła się powstrzymać. Wraz z pochyłością terenu nabrała prędkości. Serce wysyłało jej ostrzegawcze sygnały. Nie słuchała. Po kilku sekundach szalonego biegu jej serce stanęło. Kos siedzący na drzewie zaczął pieść, a wiatr poruszył białymi kwiatami jabłoni. Słońce chyliło się ku zachodowi, różowymi promieniami oświetlając jej piegowate lica.
...
Tak naprawdę to nic nie wiesz-
udajesz dojrzałość,
by zapomnieć o utraconym dzieciństwie.
Udajesz odwagę,
by przykryć wszelki lęk przed śmiercią.
Udajesz miłość,
by pokazać,że nie potrafisz już kochać.
Udajesz szczęście,
by łzy spływały łatwiej.
Krople deszczu tak leniwie giną w kałużach.
Bez krzyku, bez lęku.
Bowiem sa łzami
wszystkich ludzi,
niszczęśliwych.
Wraz z ich śmiercią miejsce zwalnia się
by przyjąć nowych ludzi,
nieszczęśliwych.
A takie dwa krótkie, napisałem na warsztatach teatralnych daaaawnooo temu.
udajesz dojrzałość,
by zapomnieć o utraconym dzieciństwie.
Udajesz odwagę,
by przykryć wszelki lęk przed śmiercią.
Udajesz miłość,
by pokazać,że nie potrafisz już kochać.
Udajesz szczęście,
by łzy spływały łatwiej.
Krople deszczu tak leniwie giną w kałużach.
Bez krzyku, bez lęku.
Bowiem sa łzami
wszystkich ludzi,
niszczęśliwych.
Wraz z ich śmiercią miejsce zwalnia się
by przyjąć nowych ludzi,
nieszczęśliwych.
A takie dwa krótkie, napisałem na warsztatach teatralnych daaaawnooo temu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)